1/12/2015

TO MIAŁ BYĆ POST O KSIĄŻCE KERI SMITH...


Jest sobota, wieczór. Jak zwykle po godzinie 20 kończę się uczyć, bo ta pora nie sprzyja już siedzeniu w książkach. Po kolei przeglądam wszelkie możliwe statystyki blogowe, szukam nowych inspiracji, korzystam z ukochanego wyszukiwania obrazem w Google, żeby sprawdzić kto tym razem przywłaszczył sobie co nie jego...

Zabierałam się właśnie za nowy tekst o książce Keri Smith 'To nie książka'. Miałam napisać sobie ładny wstęp, miałam chlapnąć o oczekiwaniach i nadziejach na jej zwartość, a po 4 lutego skonfrontować ją z rzeczywistością. Wtedy nic mi ni umyka, a teksty nie rodzą się w bólach. Zerkam więc na Googla... ponad 10 naruszeń praw autorskich. Nie... to nic, że na blogu jak byk wisi klauzula, że to moje, prywatne, wygrzebane z czeluści karty SD, podrasowane - to nic...

I już nie wiem, co o książce miałam napisać, bo klawiatura zaczyna palić mi się pod palcami. Piszę słowo po słowie, z czego co trzecie jest niecenzuralne, choć najlepiej natenczas wyraża mój stan i gotujący się we mnie wrzątek. Stop. Oddech, Ogarnięcie. Od początku.

Stoję spokojnie w Empiku, w szaleńczym tempie wybieram ostatnie prezenty gwiazdkowe, spieszę się, mimo że jest jeszcze wcześnie, że nie ma tłumów, a Empik wyludniony. Mam powody. Za szybą widzę zmierzając ku nam gimbazę. Zostaję poturbowana przez grono przytrzymaj grupki, która sama się przekrzykuje, bo oto Zniszcz Ten dziennik z 24 zł kosztuje 19.90 zł w świątecznej promocji. Różofffe dziewczynki chwalą się między sobą wykonanymi zadaniami. Patrzę na nie, szczęka prawie spada mi na ziemię, a one niemalże sikając z podniecenia przerzucają między sobą dziennikiem. Żadna go nie kupiła, przyszły tylko pooglądać i pochwalić się jakie są fajne.

Na blogu wpis o dzienniku pojawił się jeszcze przed wielką falą, która przeszła przez internet. Z każdym dniem spędzanym w zakamarkach mojego bloga rodzą mi się w głowie nowe pomysły. Dbam o niego dopieszczając każdy mały element. W związku z postem o 'Zniszcz ten dziennik' przemyślałam kadry swoich zdjęć. Teraz wyszukując je poprzez Google, widzę je na co drugim fanpage'u prowadzonym przez... gimbazę. W wieku 11-12 lat przecież nie obowiązują nas żadne reguły, a zasady są po to, żeby je łamać. Prawo autorskie nie istnieje, tak samo jak jak cudza-swoja własność - co z tego, że adnotacja o nie wyrażeniu zgody na rozpowszechnianie wisi na blogu od samego początku. Podoba się tak bardzo, że podpisują je jeszcze swoim nazwiskiem.

Najpierw grzecznie proszę o usunięcie zdjęcia, potem naciskam, by wreszcie żądać swoich praw i udziału w zyskach. Słyszę wiele, że zdjęcie z internetu, a nie z bloga, że blog nie mój (a to dobre, nie?), że z łaską może ewentualnie podać źródło, że to przecież fanpage dla zabawy. Nie wytrzymuję i robię to, czego robić nie lubię - wytaczam pełny trudnych, prawniczych słów monolog ze wskazaniem na pojedyncze paragrafy. Wysyłam także tabelkę zadośćuczynienia dla fotografików i piszę o konsekwencjach karnych. No i wtedy bum! Do komputera zasiadają młode-stare niedokształcone matki polki, które zaczynają bronić swoich dzieci (gimbazianych bachorów), bo przecież 'straszę nieletnich sądem', a to jest karalne, bo to jest stalking (BO-RZE, skąd takie trudne słowo w ich ustach?), bo skoro zdjęcie z internetu to nie muszę wyrażać zgody, a w ogóle o co mi chodzi, skoro zdjęcia już nie ma (tutaj, na wiadomość o printscreenach czuję po ich stronie rosnącą panikę i konsternację). Już zdążyły napisać pismo do swoich prawników, zadzwonić na policję, na pewno dostanę kilka lat w więzieniu, bo przecież śmiem zwracać im uwagę o bezprawne wykorzystanie MOICH ZDJĘĆ. Fuck! Gdzie ja żyję?!

Są darmowe stocki, zdjęcia można zrobić też samemu, każdy przecież ma komórkę z głupim aparatem. Nigdy nie zdawałam sobie sprawy z tego jak frustrujące jest żerowanie na czyjejś pracy. W konsekwencji użeranie się z dzisiejszą gimbazą, której zaciekle bronią niewiele mądrzejsze mamusie naprawdę przekracza moje wszelkie granice. Wspominam swój okres gimnazjum - nie byłam aniołkiem, zrobiłam masę potwornie głupich rzeczy, myśląc o nich za każdym razem oblewam się rumieńcem i policzkuje swój mózg.

Raz skradziono mi całą tożsamość. Prowadziłam wtedy fotobloga, miałam kilka innych kont. Komuś tak bardzo się spodobałam, że kopiował każde moje słowo, każde zdjęcie. Mało tego, pozakładał także fakeowe konta moim znajomym, żeby na profilach były jakieś interakcje. Po nitce do kłębka dorwałam sprawczynię całego zamieszania, ba, zdobyłam nawet jej numer telefonu. Ewidentnie była to sprawka małoletniej, która traktowała mnie jako bożyszcze, a prośby o usunięcie i ostrzeżenia nie działały bardzo. Ona dobrze się bawiła, więc i my także postanowiliśmy się zabawić - wystarczyło zadzwonić, poinformować o możliwości zgłoszenia całej sprawy i... wszystko zniknęło.

Wracając do wątku książek i zdjęć. 'To nie jest książka' została już zamówiona, premiera 4 lutego. Będą zdjęcia, będzie kilka słów. I jeśli zobaczę, ze jakaś gimabaza czy ktokolwiek inny wykorzystuje moje prace - nie będę się patyczkować. Mam cudownych znajomych, którzy z palcem w tyłku napiszą mi pozew. Może być nawet rymowany jeśli macie ochotę, a teksty typu "Bo ja nie wiedziałam..." przestaną w jakikolwiek sposób mnie ruszać.

Drodzy blogerzy i nie-blogerzy! Jak radzicie sobie z tymi sytuacjami? Walczycie zaciekle czy spuszczacie na to zasłonę milczenia? W Polsce nie każdy dochodzi z tego tytułu swoich praw, lekceważy się zachowanie złodziei praw autorskich, a wszystko kończy się drobnym 'Przepraszam!' i usunięciem zdjęć. W mniej beznadziejnych przypadkach jakimś dodatkowym zadość uczynieniem. Bywa fatalnie, jeśli skradzione zdjęcia generują dla złodzieja dodatkowe zyski (allegro itd). Ten problem pojawia się nagminnie w przypadku zdjęć moich Ray-Banów, często poucinanych, wykadrowanych, nawet podpisanych jako "zdjęcia wykonane są przeze mnie" sprzedawanych w ilościach masowych.


Jak to wygląda u Was?




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli masz zamiar w swoim komentarzu zostawić mi odnośnik do swojego bloga lepiej od razu wyjdź! ZAKAZ REKLAM I LINKOWANIA. Odwiedzam KAŻDEGO, kto zostawia merytoryczny komentarz, a jeśli mi się podoba zostaję tam na dłużej. Nie potrzebuję specjalnego zaproszenia!
Jednocześnie dziękuję za każde słowo i każdego hejta :*

Copyright © 2017 Pata bloguje