Kiedy byłam mała, reprezentowałam dumną postawę: "Nigdy nie będę pić kawy". Rodzina śmiała się pod nosem i tylko dodawała: "Oj poczekaj, aż dorośniesz, wtedy wszystko się zmienia". W swojej małe głowie zawsze miałam jednak milion argumentów przeciwnych, bo przecież kawa jest niedobra, a tak w ogóle to brzydko pachnie (żeby nie powiedzieć, że śmierdzi). A z mlekiem? Z mlekiem to pije się tylko kakao. Nagle...
W ramach ostatniego wpisu dotyczącego przepisu na idealny wieczór wspominałam o indyjskim daniu które zaserwowałam sobie i TŻ. Post spotkał się z Waszą aprobatą, a wiele osób prywatnie pytało mnie o przepis z 'przepisu' stwierdziłam, że nie będę dłużej trzymać tego w tajemnicy i podzielę się. No niech Wam będzie...
Jeśli kiedykolwiek studiowaliście - wiecie jak wygląda studenckie życie. Jeśli studiujecie - wiecie o tym jeszcze lepiej. Zajęcia rozwalone przez cały dzień, drobne przerwy w trakcie, żeby można było przejść z jednego pawilonu do drugiego, może nawet uda się dorwać obwarzanka. Potem jakaś dorywcza praca, siłownia, masa studenckich projektów, koła naukowe, okej... piwo też. Mija dzień, zaczyna się następny...
W tamtym roku było auto - 2 dni spędzone w kuchni. Biorąc pod uwagę moje zerowe doświadczenie w pracy z lukrem plastycznym rzuciłam się na bardzo głęboką wodę. Po pierwsze wybrałam trudny kształt - no bo przecież kto to widział majstrować McQueena z inteligencją wizualną bliską zeru? Po drugie stwierdziłam, że sama zrobię masę plastyczną - "acha, jasne."
Ci z Was, którzy śledzą photo-łiki i moje konto na instagramie wiedzą, że za kawę jestem w stanie zrobić wiele. W moi tygodniu przewija się ona codziennie, a nawet kilka razy dziennie. Nie traktuję jej wyłącznie jako formę pobudzenia, ale jako deser. W napojach, które lubię, wiem, że zawartość kofeiny jest znikoma i mają one raczej smakować, niż ratować przed ziewaniem.
Wszyscy teraz zasypują blogspota zdjęciami ze swoich wakacyjnych wojaży.
Zagranicznymi wyprawami się Wam nie pochwalę, ale myślę, że pokażę Wam coś co zainteresuje głównie łasuchów i smakoszy wyrafinowanej kawy.
Jest takie miejsce, które nazywa się Biała Lokomotywa.
Odnajdziemy je zatrzymując palec na mapie w miejscu Nowa Ruda.
Okolice Kłodzka, Wałbrzycha... dla mnie to po prostu "tam gdzie wujek Leszek robi dobre lody".
Bo zaczynało się niewinnie. Od małej budki z lodami, od wózka z waflowymi rożkami.
Potem zaczęła się magia. Spagetti lodowe, sorbety z prawdziwych owoców i... kawiarnia.
Kawiarnia Biała Lokomotywa. Tam gdzie wujek bawi się w kawowego i lodowego czarodzieja.
Miejsce rodzinnych pielgrzymek i kilogramowych kompleksów, miejsce gdzie można zrealizować najbardziej nieprawdopodobne kawowe smaki.
Bo jak inaczej wytłumaczyć kawę z żołędzia, kawę z kompotem z guawy i inne?
Niepowtarzalny klimat! Pośród tysięcy łyżeczek na wszystkich ścianach, pośród zniewalającego zapachu kawy, słysząc syk gorącego ekspresu, czując ten dreszcz emocji kiedy ląduje
przed nami kolejne niespotykane dotąd połączenie.
W Białej Lokomotywie nie ma menu! Wystarczy, że powiecie na co macie ochotę, albo jak bardzo 'ekstremalnych' smaków chcecie spróbować, a wasze zachcianki zostaną spełnione.
Odważne połączenie kompotu z guawy z kawą i waniliową pianką - było niesamowite! Przypominało mi trochę kawę z cukierkami pudrowymi, która przy pomieszaniu nawet lekko zalatywała wygazowanym piwem! Obłęd!
Porzeczki, jeżyny i maliny w czekoladzie z kawą i lodami? Cud, miód. Dla koneserów smaków szukających niebanalnych połączeń smakowych. W najlepszych smak nie wyobrażałam sobie, że może to smakować tak niesamowicie!
Obrazkowe latte też jest osławione! Wujek kolekcjonuje nawet długopisy do kawy! Maliny na gorąco z lodami rozpływają się w ustach. Choć Nowa Ruda to mieścina nieduża ruch w Białej Lokomotywie niczym na jarmarku w dzień targowy.
Trzeba mieć szczęście, żeby znaleźć miejsce.
A tutaj 100% naturalny sorbet z mango. Wiecie jak smakuje owoc? Ma nieco marchewkowy posmak, lody są jego niesamowitym odwzorowaniem. Nie trafił w gusta taty, ale lubujący się w naturalnych przysmakach bez konserwantów i chemicznych ulepszeń z pewnością z uznaniem pokiwaliby głową.
A tu wujek Leszek, który z entuzjazmem zaprasza w swoje skromne progi.
Zrealizuje Wasze największe kawowe marzenia, choćby nie wiem jak były abstrakcyjne!
Jeśli więc na koniec tych wakacji wybieracie się gdzieś w okolice Dolnego Śląska Biała Lokomotywa jest punktem obowiązkowym (i wcale nie piszę tego dbając o rodzinny interes :P)
Na koniec jeszcze odsyłam Was do krótkiego materiału o moim mistrzu kawy!