marca 24, 2015

O TYM JAK ZAKOCHAŁAM SIĘ W SŁOWIAŃSKIEJ BOGINII - SPOTKANIE Z MOKOSH


Absolutnie uwielbiam nowe kosmetyki! Otwieranie pudełek z darami losu sprawia, że czuje się jak małe dziecko w Święta. Początkowo spoglądam ukradkiem, wczytuję się w obietnice producenta, zerkam na skład kosmetyku, wącham, macam, wcieram, nakładam, wklepuję... Czasem jednak to wszystko jest nie potrzebne - wtedy nazywam to miłością od pierwszego wejrzenia!


To pewnie dziwne, ale taka miłość w przypadku kosmetyków także się zdarza. Zwłaszcza tych organicznych i naturalnych. Co najlepsze nigdy nie jest ona platoniczna! Nie wiem czy to kobieca podświadomość czy jakaś niematerialna więź, a może wewnętrzne receptory podpowiadają mi "Tak! Ty właśnie będziesz mnie pieścił i o mnie dbał i... robił mi dobrze!". Tak było z Mokosh!

Orientalnie brzmiąca nazwa zwiastowała jakieś egzotyczne doznania. Coś, czego jeszcze nie było. Obdarowana zostałam peelingiem i balsamem z bambusa. Wszak do pandy mi daleko, ale na myśl o reinkarnacji widzę siebie jako miśka, który całe dnie spędza na... jedzeniu.


Dwa cudowne pudełeczka skradające jeszcze cudowniejsze zawartości. Minimalistyczne, estetyczne, a sama nazwa Mokosh znaczy tyle, co słowiańska bogini deszczu, opiekunka kobiet, ziemi i... płodności. Teraz już wiecie, że nie kłamię pisząc, że już na początku tkwiła w naszej relacji jakaś magiczna moc.

Solny peeling wzbogacony karite i olejami jojoba i migdałowym to rozkosz dla mojego ciała. Kryształki soli nie są zbyt małe, więc idealnie radzą sobie ze złuszczaniem naskórka, a olejki i masło nawilżają i natłuszczają skórę. Choć nie lubię tłustego filmu pozostającego na ciele, peelingi są dla mnie pewnym wyjątkiem. A to, co ten bambusowy gagatek robi z moją skórą zasługuje na Nobla! Pachnie obłędnie, złuszcza fenomenalnie, a olejki kończą całą robotę. Żyć, nie umierać.


Balsam z kolei należy to tych rzadszych. Czytając mnie regulrnie wiecie, że jestem fanką prawdziwego karite i nie mam problemu z tym, że coś się klei czy długo wchłania. Lubię jak pachnie i odżywia, a w tym przypadku rzeczywiście tak jest, choć mogłoby być... intensywniej? Żeby dogłębnie poczuć jego działania. Myślę, że to idealny kosmetyk dla kobiet w pośpiechu. Pozostawiony na skórze znika w maksymalnie 30 sekund, omamia zapachem, a kwas hialuronowy, d-pantenol i naturalny kompleks Hydromanil™ sprawiają, że skóra staje się idealnie wygładzona i długotrwale nawilżona.


To moje pierwsze spotkanie ze słowiańską boginią, ale z pewnością nie ostatnie. Jeszcze chwila i będzie po bambusowym... A w asortymencie sklepu czai się jeszcze peeling żurawinowy. Wiosna z kolei wiosną i rządzi się swoimi prawami - cytrusowymi i orzeźwiającymi. Jakże bym więc mogła nie spróbować? 


Jakie zapachy królują u Was wiosną?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli masz zamiar w swoim komentarzu zostawić mi odnośnik do swojego bloga lepiej od razu wyjdź! ZAKAZ REKLAM I LINKOWANIA. Odwiedzam KAŻDEGO, kto zostawia merytoryczny komentarz, a jeśli mi się podoba zostaję tam na dłużej. Nie potrzebuję specjalnego zaproszenia!
Jednocześnie dziękuję za każde słowo i każdego hejta :*

Copyright © 2017 Pata bloguje