6/26/2014

MÓJ PIERWSZY RAZ Z KRESKĄ...


Wreszcie. Nareszcie. Już. 3 miesiące błogości. Dziś o godzinie 10.30 oficjalnie pożegnałam się z Uniwersytetem. Zamiast zamęczać Was teraz strukturami informacji menedżerskiej, definicją produkcji potokowej, funkcjami badawczymi stosowanych w diagnozie czy chcąc Wam wytłumaczyć dlaczego 'setting up a subsidiary in politically unstable country' nie jest dobrym pomysłem czy też tłumacząc dlaczego 'je suis accro de l'ordinateur' mogę po prostu wrócić do wertowania Waszych blogów na prawo i lewo dorzucając posta od siebie. A dziś o moim pierwszym razie... Czy bolało, jak wyszło, czy się uzależniłam...


Na mój codzienny makijaż składał się zawsze podkład, ciut pudru, bronzer i tusz. Na mój wyjściowy makijaż kompozycja była identyczna - a to dlatego, że cieniami malować się nie umiem, a pomadek i klejących błyszczyków nie lubię, a znalezienie idealnego koloru szminki graniczy dla mnie z cudem i zawsze to co widzę w sklepie przy sztucznym świetle znacznie odbiega kolorom w świetle dziennym. Kiedy jednak na blogach rozpoczął się haul Rossmanowy zaryzykowałam z linerem od Rimmela.
Kreski nigdy nie rysowałam, nigdy nie próbowałam, taki ze mnie artysta jak z Polaków drużyna piłkarska. Zaczynałam ja te japonki z fimów na YT (klik) i nie będę się tym chwalić, koniec końców jednak...


Zaryzykowałam z Rimmel Glam Eyes. I totalnie zakochałam się w jego głębokiej czerni. Gdzieś po drodze minęłam proste linery w pisaku i te przez wszystkich polecane żelowe w słoiczku. Żaden jednak nie satysfakcjonował mnie jak Rimmel. Zawartość tubki to 3,5ml, zapłacimy za nie bez promocji ok. 20zł, co i tak nie jest wygórowaną ceną znacznie zaniżającą jakość produktu. Delikatny pędzelek sprawia, że nawet ja - pisząca jak kura pazurem z rozdygotanymi na wszystkie strony rękami jestem w stanie namalować kreskę. W miarę prostą kreskę.


Każda poprawka na powiece nie jest dla mnie żadnym problemem. Tusz bardzo ładnie schodzi! Podczas aplikacji nie rozmazuje się, a cały dzień noszenia nie pozostawia na oczach żadnego uszczerbku. Lubię nakładać kilka warstw, dopiero kiedy czuję, że czerń jest naprawdę głęboka i wyrazista kończę 'mazianie'. Obawiałam się więc pękania zaschniętej warstwy, jednak nic takiego nie wystąpiło. Zakochałam się w efekcie delikatnego kociego wzorku, który znacznie podkreśla oczy i nadaje makijażowi jakiegoś drapieżnego wyglądu.


Jeszcze nie powiem, że to mój hit, bo kończę dopiero pierwszą buteleczkę. Czekam na wyprzedażowy szał w Rossmannie, bo w planach mam wypróbowanie jeszcze kilku gagatków. Myślę jednak, że do Glam Eyes zawsze będę wracać nie tylko myślą, ale i przy każdej nadarzającej się okazjo-promocji nadszarpnę dla niego portfel. Zdecydowanie polecam zwłaszcza tym, którzy swoją przygodę z kreskami dopiero zaczynają, a nie chcą zniechęcić się na wstępie maziakami o koszmarnej jakości.


Macie swoje ulubione linery?









2 komentarze:

  1. piękna kreska

    \pozdrawiam serdecznie
    Marcelka Fashion
    :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Czerń rzeczywiście piękna, głęboka i nasycona, kiedyś kreska była częścią mojego makijażu, zarówno wyjściowego jak i na co dzień, ale ostatnimi laty jakoś wyszłam z wprawy, muszę chyba wrócić do niej :)

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar w swoim komentarzu zostawić mi odnośnik do swojego bloga lepiej od razu wyjdź! ZAKAZ REKLAM I LINKOWANIA. Odwiedzam KAŻDEGO, kto zostawia merytoryczny komentarz, a jeśli mi się podoba zostaję tam na dłużej. Nie potrzebuję specjalnego zaproszenia!
Jednocześnie dziękuję za każde słowo i każdego hejta :*

Copyright © 2017 Pata bloguje