Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do oczu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do oczu. Pokaż wszystkie posty
L'OREAL PARIS FALSE LASH WINGS SCULPT MASCARA - EFEKT TIGHTLINE I MOJA OPINIA

maja 09, 2016

L'OREAL PARIS FALSE LASH WINGS SCULPT MASCARA - EFEKT TIGHTLINE I MOJA OPINIA


Jakiś czas temu, jak większość polskiej blogosfery, zostałam obdarowana przez markę L'Oreal nowością - tuszem L'Oreal Paris False Lash Sculpt. Przez ponad dwa tygodnie zdążyłam wyrobić sobie o niej opinię, a z racji, że większość z Was poszukuje o niej opinii w Internecie postanowiłam podzielić się własnymi przemyśleniami w tej kwestii. Bo jeśli mowa o False Lash Wings Sculpt, to powinnyście wiedzieć, że...
WIBO NEUTRAL EYESHADOW PALETTE - SWATCHE

stycznia 05, 2016

WIBO NEUTRAL EYESHADOW PALETTE - SWATCHE


Bycie członkiem Programu Nowości Rossmanna wiążę się z wieloma niespodziankami i przywilejami. Nie powiem, bardzo miłymi. W czerwonych pudełkach znajduję produkty, których jeszcze nie ma na polskich, sklepowych półkach. Jako jedna z pierwszych mam okazję zmacać, obwąchać i rozpracować każdą z nowości. Jak myślisz, co powiem Ci o nowej paletce Neutral od Wibo?
MÓJ PIERWSZY RAZ Z KRESKĄ...

czerwca 26, 2014

MÓJ PIERWSZY RAZ Z KRESKĄ...


Wreszcie. Nareszcie. Już. 3 miesiące błogości. Dziś o godzinie 10.30 oficjalnie pożegnałam się z Uniwersytetem. Zamiast zamęczać Was teraz strukturami informacji menedżerskiej, definicją produkcji potokowej, funkcjami badawczymi stosowanych w diagnozie czy chcąc Wam wytłumaczyć dlaczego 'setting up a subsidiary in politically unstable country' nie jest dobrym pomysłem czy też tłumacząc dlaczego 'je suis accro de l'ordinateur' mogę po prostu wrócić do wertowania Waszych blogów na prawo i lewo dorzucając posta od siebie. A dziś o moim pierwszym razie... Czy bolało, jak wyszło, czy się uzależniłam...
Czy aby na pewno VIRTUALne spojrzenie? - o pewnym tuszu do rzęs

sierpnia 28, 2013

Czy aby na pewno VIRTUALne spojrzenie? - o pewnym tuszu do rzęs

Z kolorówką jest sprawa prosta.
Wymalujesz się raz i albo Ci pasuje, albo nie. 
Nie to co kremy, serum, odżywki na których efekty pasuje jednak poczekać. 
Jako przerywnik ostatnich testów z Maksem i produktów do ciała coś o kolorówce właśnie.
Prezent od firmy VIRTUAL z naszego spotkania blogerek.


Woreczek był pełen niesamowitych skarbów, które od razu ucieszyły moje oko.
A jeśli o oku mowa to na pierwszy rzut poszła mascara Splash long&volume.

Opakowanie jest urocze, nie ma co. Perłowo-niebieska tuba z imitacją kropelek wody na skuwce. Od razu budzi skojarzenia wodoodpornej. Porządnie wykonana, każdy element trzyma się kupy, a warto o tym wspomnieć, bo kilkakrotnie zdarzało mi się wpaść na mascarę, w której po pewnym czasie luzowały się elementy i szczoteczka zostawała w tuszu na amen, albo odpadała gumka ściągająca z niej nadmiar tuszu.



Co zaś się tyczy samej szczoteczki... Nigdy nie lubiłam tych nie siliconowych. Te z włosia zawsze podrażniały mi powiekę, drapały, często się sklejały i nie były tak sprężyste jak ich konkurentki. W przypadku mascary od Virtual szczoteczka jest mięciutka, łatwo się nią manewruje, choć tuszu mogłaby nabierać ciut więcej.




Co do wytrzymałości. Mascara jest wodoodporna co by oznaczało, że woda jej niestraszna. Miałam ją nałożoną w czasie mocnej burzy i faktycznie się nie rozpłynęła, ale zwykła woda z mydłem daje jej radę. Micelar z Biedronki pięknie zmywa w pół minuty. Co mi się nie spodobało to to, że tusz jakby nie zasycha do końca. Przez cały dzień jest lekko klejący - nie zostawia co prawda śladów przy mrużeniu oka itd, ale zwykłym przetarciu powieki z mojej gęstej szaty rzęs zrobiły się 4 grube.



Generalnie jest to tusz do którego mogłabym wrócić, ale jeśli nie ma musu to jednak pozostanę przy swoich siliconowych upiększaczach. Nigdy nie spotykają mnie sytuacje aż tak ekstremalne, które wymagałyby wodoodpornego tuszu. Efekt na rzęsach też należy do przeciętnych. O takich tuszach zwykłam mówić, że trzeba się nieźle ręką namachać, żeby coś ładnego z niego wykrzesać, bo przejechanie rzęs raz czy dwa nie da praktycznie żadnego efektu. U mnie wyglądało to tak:




Generalnie całkiem nieźle, choć wolę rzęsy bardziej pogrubione i tusze, które przy takim czasie machania łapą dają naprawdę maksimum efektu. Zajrzycie do Virtuala, bo oprócz mascar posiadają wiele innych produktów, które mogłyby Was zainteresować! :)



Co cenicie sobie w mascarach?




VERONA (cienie Ingrid)

czerwca 24, 2013

VERONA (cienie Ingrid)

W paczuszce, która przyszła wieki temu od VERONY
oprócz szminki, tuszu, mleczka do demakijażu znalazłam także cienie i kredki, 
dziś jednak skupimy się na tych 3 maleństwach, których kolorki bardzo przypadły mi do gustu.

Nie przepadam, za kolorówką oczu. 
Przede wszystkim dlatego, że nie umiem malować powiek.
Postanowiłam jednak nieco poeksperymentować z cieniami.
Potraktowałam je nieco makijażowo, czasem posłużył za konkretną charakteryzację
i choć nie bawię się w kolorowanie powiek codziennie myślę, że mogę napisać parę słów.

OPAKOWANIE: Tradycyjne okrągłe pojemniczki mieszczące w swoim wnętrzu 2,5 g kolorówki. Zgrabne i klasyczne, zamykane na tradycyjny klik. Otwarcie bezproblemowe.

EFEKT: Tak jak pisałam - nie mam zwyczaju używania cieni. Choć czasem naprawę marzy mi się zrobić jakiś smokey eyes czy odważniejszy kontur oka po prostu tego nie potrafię. Efekt czarnego cienia uzyskuję równie dobrze rozcierając czarną kredkę do oczu, a zielony i niebieski nie wiem czy zostałby użyty przeze mnie choć raz jeśli chodzi o codzienny makijaż.



Postanowiłam jednak użyć cieni do charakteryzacji - przestawienia, sesje, wszędzie tam, gdzie bez ładu i składu, a także żadnych umiejętności makijaż może być dziełem sztuki. 
Na tym przykładzie jestem w stanie stwierdzić, że cienie zaskoczyły mnie swoją 
trwałością i odpornością na wszelkie czynniki zewnętrzne.
Spadły ze da razy - są nadal całe, przy nakładaniu pędzelkiem na cieniu pozostaje jedynie delikatna i należyta smugaa nie jak w przypadku innych cieni 
rozsypane drobinki dookoła.


Czerń i szafir są intensywne, gorzej z zielenią, której naprawdę trzeba wydobyć pokaźną ilość, żeby zostawił jakikolwiek ślad. Nie kruszą się i nie rozmazują za nadto
Nie spływają po twarzy w skutek wysokich temperatur, 
co naocznie udowodnione zostało ostatnimi temperaturami.
Z demakijażem nie ma absolutnie żadnego problemu.
Widziałam już cienie tak oporne, które nawet przy trzykrotnym użyciu specyfików usuwających makijaż nie chciały zejść z twarzy.


I mimo, że nie zwykłam używać cieni stwierdzam, że te od Verony były najlepszymi 
jakimi przyszło mi się "paćkać".
Zarówno pod względem trwałości jak i łatwości aplikacji.



Czy Wy też macie dość upałów?



VERONA (tusz do rzęs i pomadka)

kwietnia 10, 2013

VERONA (tusz do rzęs i pomadka)

    Firmę Verona już po części znacie, dowiedzieliście się o niej kilka rzeczy przy recenzji emulsji do demakijażu. Wtedy było pięknie i kolorowo dziś może trochę mnie.
Zabrałam się w końcu za recenzję tuszu do rzęs i pomadki. Sami oceńcie co widzicie, ja napiszę tylko kilka słów od siebie.



POMADKA

OPAKOWANIE: Klasyczny czarny sztyft, elegancki na lekki zatrzask. Pewnie leżący w dłoni. Srebrne literki nie schodzą mimo wytarcia, a dla mnie to taki mały drobiazg, który świadczy o staranności i jakość wyrobu.


EFEKT: Po pomalowaniu ręki kolor na ustach jest bardzo mało widoczny. Każdy lubi to co lubi. Mi pomadka bardzo przypadła do gustu, ale jako taka nawilżająca do stosowania na co dzień, od ręki. Nie klei ust, nie pozostawia grudek, delikatnie rozprowadza się po ustach i sprawia, że wydają się być większe, pełniejsze i naturalnie piękne. Efekt utrzymuje się chwilę. Jak na pomadkę to całkiem sporą chwilę. Mimo, że usta mienią się w świetle to dla innych efekt pozostaje niezauważony. Polecam pomadkę tym, którzy marzą o pielęgnacji nie rzucającej się za bardzo w oczy. Czy skusiłabym się na kupno od Verony? Myślę, że tak, ale z pewnością wybrałabym inny kolor, ciut bardziej intensywny.



TUSZ DO RZĘS

OPAKOWANIE: Już to gdzieś widziałam, czarne, klasyczne, bad girls i te sprawy. Wydłużenie, pogrubienie, rozdzielenie wszystko za jednym razem, nienaganny wygląd i te sprawy. Opakowanie jak najbardziej okej…  dla hot 16-ek. Nie wiem, nie podoba mi się.


SZCZOTECZKA: Szczoteczka gigant, gdzieś większa, gdzieś mniejsza. Siliconowa. Nie rozumiem trochę jej istoty. Duża część na małe włoski wręcz, mała na duże. Nie mówię, że się nie da, ale wtedy musiałabym być zarówno praworęczna jak i leworęczna, a nie potrafię, no szkoda.



EFEKT: Bubel bublowski! Tusz czarny jak smoła, a zasycha chyba godzinę! Jak ktoś lubi klejące rzęsy to proszę bardzo. Co poza tym? Rozdzielenie? Ok. Może być. Wydłużenie i pogrubienie? Tak, jeśli masz czas i silne mięśnie w nadgarstku, bo trzeba się konkretnie namachać, żeby tuszu coś było widać. Nie mój typ, nie moja szczotka. Jeśli ktoś jest zainteresowany chętnie podeślę do testów, wymienię się, bo u mnie raczej albo przeleży w szafce z pół roku, albo od razu trafi pod nóż.



Verona, ach Verona.
Początek był niezły, teraz trochę gorzej.
Czekają mnie jeszcze cienie, róż i kredki do oczu.
Na razie jest tak sobie.

Co u Was?


MADAM LAMBRE (Time code - krem do oczu)

lutego 20, 2013

MADAM LAMBRE (Time code - krem do oczu)


W ramach współpracy z firmą MADAM LAMBRE bardzo chciałam sprawdzić jakiś krem, który pomógłby mi z moim problem podkrążonych oczu.

W sumie rzecz działa się jeszcze przed sesją i trochę w trakcie niej i w sumie dla otoczenia było to zrozumiałe. Wydawałam się mądrzejsza, bo niby siedziałam o nocach.
Nic z tych rzeczy... Ja już tak mam, że czasem moje podkówki są widoczne, czasem nie.
Dostał mi się krem - Time code eye&eyelid regenerating cream...


OPAKOWANIE: Nigdy bym nie pomyślała, że mogę tyle powiedzieć o zwykłym pudełeczku. Ale ono wcale nie jest takie zwykłe. Cała seria kosmetyków Madam Lambre jest wykonana z jakimś takim niepowtarzalnym czarem, urokiem, mnie osobiście zaczarowała od początku. Mogłabym siedzieć i gapić się na te wszystkie piękne, kolorowe pudełeczka... W pudełeczku z kolei kolejne pudełeczku. Mały szklany słoiczek w kolorowej oprawie. Jestem zabójczo zakochana! To niesamowite jak firma detalami wyglądu swoich specyfików może wpłynąć na klientów.


KONSYSTENCJA: Bardzo szybko się wchłania! Naprawdę byłam po ogromnym wrażeniem. Nie jest tłusty, jego konsystencja odbiega raczej w drugą stronę - może ciut za rzadki wręcz... Ale nie chce szukać wad na siłę tam gdzie po prostu ich nie ma. 

ZAPACH: Obłędny! Delikatny, a zarazem wyczuwalny. Kiedy rano nakładam go na twarz jeszcze przez kilka chwil do mojego nosa docierają te niesamowite efekty zapachowe! Zawsze mi się wydawało, że kremy ładnie pachnące powinny być do dłoni, że na twarz raczej bezzapachowe, żeby nie drażniły. Madam Lambre wybrnęło z tego obronną ręką. Zapach jest, ale zamiast odstraszać przyciąga... ach, przyciąga...


EFEKT: Stosuję kremik już przeszło 10 dni. Codziennie, rano i wieczór. Mimo, że wedle jego zaleceń nadaje się do cery dojrzałej, idealnie wpasował się do moich skromnych wymagań. Bardzo zależało mi na złagodzeniu cieniów pod oczami. Zrobiłam zdjęcie przed i po, żeby pokazać Wam efekt, które według mnie naprawdę jest. Do tego skóra wokół oczu jest delikatna i sprężysta. Napięta, ale nie ściągnięta bardzo mocno. Codziennie czuję świetne nawilżenie, które pomaga wygładzić skórę. Już nie czuję nawet jej faktury, bo zaczyna być jak pupa niemowlaka!

CENA: 15 ml - 33 zł, 50 ml - 46 zł. Duży opłaca się zdecydowanie bardziej. W moim - 15ml- po regularnych 10 dniach jeszcze nie widać denka, więc nie zapeszam :)


Jestem zachwycona Madam Lambre!
Oprócz świetnej jakości produktów serwuje nam - klientom pięknie opakowane cuda!
Mam nadzieję, że będę miała jeszcze okazję podzielić się z Wami kolejną recenzją.
Póki co sami sprawdźcie efekt...


Co możecie powiedzieć o mojej nowej przyjaciółce - 

Copyright © 2017 Pata bloguje