Pokazywanie postów oznaczonych etykietą buble. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą buble. Pokaż wszystkie posty
LEE STAFFORD TAK BARDZO... NIE - MASKA BREAKING HAIR

sierpnia 07, 2014

LEE STAFFORD TAK BARDZO... NIE - MASKA BREAKING HAIR


Z maskami jak w kalejdoskopie - ciągle coś nowego, na rynku znów nowości. Sama już nie wiem co mnie przyciąga - marka, wpis na blogu, skład czy atrakcyjna cena. Wiem jedno - wiem, jak chciałabym żeby wyglądały moje włosy. Z pewnością mogłabym Wam polecić kilka dobrych i tanich masek, które choć pewnie nie są ziszczeniem moich marzeń całkiem dobrze radzą sobie z nawilżeniem, odżywieniem, naprawą czy nadaniem włosom pięknej błyszczącej powłoki. Uparcie czekam na Wasze propozycje w komentarzach, bo właśnie będę wybierać się na kompletowanie szafkowych braków.
Strach, żal, masełkowe zabójstwo - czekoladowe (?) masło BingoSpa

września 13, 2013

Strach, żal, masełkowe zabójstwo - czekoladowe (?) masło BingoSpa

Jesteście tu, bo może zaciekawił Was właśnie tytuł posta.
Jedną masełkową aferę już opisywałam na łamach Aferkowa, 
dziś kilka słów nt. takiej mojej własnej.
Po Spotkaniu Blogerek wróciłam do domu z niezłym zapasem kosmetyków.
Po kąpieli stawiam na dobre natłuszczenie - stąd masła u mnie wygrywają z balsamami.
Połakomiłam się więc na produkt dystrybuowany przez Grotę Bryzę
- czekoladowe masło od BingoSpa.


Chyba każda z nas lubi czekoladę.
A kosmetyki czekoladowe choć trochę zaspokajają moją słodką chcicę podczas diety.
Liczyłam na zapach rodem z OS-ków, choć nie oczekiwałam zbyt wiele pod BingoSpa, bo jeszcze żaden z ich produktów nie przekroczył u mnie 3 gwiazdek.


 Skłamałabym gdybym napisała, że mi się nie podoba. Bo jednak szklane opakowania mają to do siebie, że choćby nie wiem jaki kształt przybrały zawsze będą wydawały się bardziej ekskluzywne od reszty. W sumie, w tym przypadku to całkiem dobra metoda na nabicie klienta w butelkę. Szata graficzna też delikatna i przyjemna dla oka. Choć skład kosmetyku pisany kursywą, literki zlewają się w jedno... Jednak przezorny zawsze ubezpieczony.




Zupełnie nie rozumiem dlaczego takie kremowe papki nazywa się masłami? Masło to masło, ma być mega tłuste, zbite i topić się pod wpływem ciepła dłoni. To, to jest co najwyżej balsam do ciała, który mimo, że jest gęsty to jest niesamowicie puszysty i delikatny. Kremowa papka szybko wchłania się w skórę i bardzo dobrze po niej rozsmarowuje.




 Mam nadzieję, że polubiliście te malownicze porównania, bo i tym razem znalazłam coś  co będzie pasować do tego zapachu. Hm...  Przemoczony i wysuszony ręcznik? Zwietrzały krem do opalania? Przeżyłabym nawet chemiczną czekoladę, jakikolwiek zapach, ale nie to. Bądźmy szczerzy, kitowaty zapach odbiera całą frajdę paćkania ciała. A już w ogóle rozczarowuje kiedy napalam się na czekoladę! Już nie piszę o mazidłach, przy których zapach się ulatnia, bo to inna bajka. Tutaj po prostu go nie ma, ot co.




Znawczynią fachowych nazw składników i ich działania nie jestem, ale pewne frazy rzucają się w oczy. Masło Shea ukryte pod mniej popularną nazwą Butyrospermum ukryte gdzieś na końcu listy składników. Oprócz tego same emolienty i konserwanty! Zgroza! Gdyby chociaż to masło pachniało wybitnie to znalazłabym ciut zrozumienia dla śmiałków, którzy go używają.




Wchłania się szybko, skórę wygładza i nawilża, ale efekt nie jest wcale jakiś wow. Jedyne co w tym wszystkim zasługuje na uwagę to opakowanie oraz puszysta konsystencja. A to za mało, żeby na poważnie zastanawiać się na wyrzuceniem 30 zł. Kolejny więc produkt BingoSpa sprawia, że robię od nich krok w tył. Zbliża się nowy kwartał współprac, więc nie ukrywam, że jestem ciekawa jakie produkty tym razem posypią się do testów. 
Oby nie czekoladowe masła...











BINGOSPA (serum czekoladowo-brzoskwiniowe 2w1)

lipca 11, 2013

BINGOSPA (serum czekoladowo-brzoskwiniowe 2w1)

Mam zaległości jeśli chodzi o BINGOSPA
Wszyscy już porecenzowali swoje kosmetyki, 
a ja walczę z moimi dwoma kosmetykami i ciągle daje im ostatnie szansy.
Dzień dobroci się jednak skończył i miło nie będzie.



Masło mandarynkowe jakoś mi uszło, czasem chlapnę na siebie mała dawkę.
Zostały jeszcze dwa przyjemniaczki - serum i algi pod prysznic.
Pomalutku zmierzamy więc ku końcowi...


Dla mnie całe to serum jest jakąś parodią kosmetyczną. Nie rozumiem jak dwa produkty można połączyć w jeden - nie sądzę aby moje włosy potrzebowały takich samych składników jak moja skóra. Opakowanie - porażka. Odkręcanie pod prysznicem graniczy z cudem, zatyczka wygina się na wszystkie strony świata, przy zakręcaniu przeskakuje. Więcej się naprzeklinałam pod prysznicem niż zrelaksowałam. Do tego naklejka na opakowaniu z nieczytelnym składem pod wpływem wody wygląda po prostu tragicznie - niechlujnie i bardzo odpychająco.


Kolejny minus. Wszystko przelatuje przez palce, trudno wylać na dłoń odpowiednią ilość, bardzo kiepsko z pienieniem. Czyli jadąc po całości - bardzo niska wydajność. Przyjmując, że wedle sugestii producenta stosujemy go zarówno na włosy i ciało, dozujemy dawki takie, które pozwolą na optymalne pienieni to produkt wystarczy na tydzień? W porywach do dwóch. Kiepsko...


Serum czekoladowo-brzoskwiniowe... Jak to pięknie brzmi, szkoda, że nie ma odzwierciedlenia w zapachu. Przejrzałam blogi na których dziewczyny też opisywały ten produkt i wszystkie jak jeden mąż piszą, że serum ma delikatny, przyjemny zapach. A ja się pytam - w którym momencie i gdzie? Przypomina mi białą zawiesinę - lek, który mama podawała mi jak byłam mała. Wymiotowałam po nim dalej niż widziałam. Pierwszy niuch serum spowodował u mnie ruchy robaczkowe... Pod prysznicem zapach nieco ginie i na całe jego szczęście krótko utrzymuje się na skórze i włosach. Ale czekolada i brzoskwinia? Nigdy w życiu!


Jako żel pod prysznic - znośnie. Nawilża na chwilę, coś tam może odżywia, skóra może nawet nieco bardziej miękka po aplikacji. Jeśli chodzi o włosy - nie, nie, nie! Wysusza nieprzeciętnie! Zamiast włosowej "tafli" mam włosowe strąki, o ile w ogóle dam radę je rozczesać, bo w tej kwestii jest to produkt numer 1! 
                                          Jeszcze nigdy nic tak bardzo nie plątało mi włosów.


Jeśli chodzi o BingoSpa to się z nim nie polubiłam i nic nie wskazuje na to, 
żeby nasze relacje się zmieniły.
Co produkt to jestem coraz bardziej rozczarowana. 
Parabeny, SLS i wszystko inne co złe w składzie na dobre mnie odstraszają.
 A ja wymagająca wcale nie jestem, przecież...




VERONA (tusz do rzęs i pomadka)

kwietnia 10, 2013

VERONA (tusz do rzęs i pomadka)

    Firmę Verona już po części znacie, dowiedzieliście się o niej kilka rzeczy przy recenzji emulsji do demakijażu. Wtedy było pięknie i kolorowo dziś może trochę mnie.
Zabrałam się w końcu za recenzję tuszu do rzęs i pomadki. Sami oceńcie co widzicie, ja napiszę tylko kilka słów od siebie.



POMADKA

OPAKOWANIE: Klasyczny czarny sztyft, elegancki na lekki zatrzask. Pewnie leżący w dłoni. Srebrne literki nie schodzą mimo wytarcia, a dla mnie to taki mały drobiazg, który świadczy o staranności i jakość wyrobu.


EFEKT: Po pomalowaniu ręki kolor na ustach jest bardzo mało widoczny. Każdy lubi to co lubi. Mi pomadka bardzo przypadła do gustu, ale jako taka nawilżająca do stosowania na co dzień, od ręki. Nie klei ust, nie pozostawia grudek, delikatnie rozprowadza się po ustach i sprawia, że wydają się być większe, pełniejsze i naturalnie piękne. Efekt utrzymuje się chwilę. Jak na pomadkę to całkiem sporą chwilę. Mimo, że usta mienią się w świetle to dla innych efekt pozostaje niezauważony. Polecam pomadkę tym, którzy marzą o pielęgnacji nie rzucającej się za bardzo w oczy. Czy skusiłabym się na kupno od Verony? Myślę, że tak, ale z pewnością wybrałabym inny kolor, ciut bardziej intensywny.



TUSZ DO RZĘS

OPAKOWANIE: Już to gdzieś widziałam, czarne, klasyczne, bad girls i te sprawy. Wydłużenie, pogrubienie, rozdzielenie wszystko za jednym razem, nienaganny wygląd i te sprawy. Opakowanie jak najbardziej okej…  dla hot 16-ek. Nie wiem, nie podoba mi się.


SZCZOTECZKA: Szczoteczka gigant, gdzieś większa, gdzieś mniejsza. Siliconowa. Nie rozumiem trochę jej istoty. Duża część na małe włoski wręcz, mała na duże. Nie mówię, że się nie da, ale wtedy musiałabym być zarówno praworęczna jak i leworęczna, a nie potrafię, no szkoda.



EFEKT: Bubel bublowski! Tusz czarny jak smoła, a zasycha chyba godzinę! Jak ktoś lubi klejące rzęsy to proszę bardzo. Co poza tym? Rozdzielenie? Ok. Może być. Wydłużenie i pogrubienie? Tak, jeśli masz czas i silne mięśnie w nadgarstku, bo trzeba się konkretnie namachać, żeby tuszu coś było widać. Nie mój typ, nie moja szczotka. Jeśli ktoś jest zainteresowany chętnie podeślę do testów, wymienię się, bo u mnie raczej albo przeleży w szafce z pół roku, albo od razu trafi pod nóż.



Verona, ach Verona.
Początek był niezły, teraz trochę gorzej.
Czekają mnie jeszcze cienie, róż i kredki do oczu.
Na razie jest tak sobie.

Co u Was?


Copyright © 2017 Pata bloguje